Niedziela to świąteczny dzień. Dzieci nie muszą iść do szkoły, a rodzice do
pracy. Wszyscy mogą odpocząć, mają czas na spacer i odwiedziny u dziadków. W
każdą niedzielę dzieje się coś jeszcze. Pan Bóg zaprasza nas na spotkanie!
Dlatego idziemy do kościoła na Mszę Świętą. Ale czasem ziewamy w kościele, bo
nie rozumiemy, co się dzieje podczas Mszy. Warto to zmienić! Nigdy już nie
będziesz się nudzić na Mszy Świętej, jeśli poznasz jej tajemnice. Uwaga!
Idziemy do kościoła!
Święty Benedykt w swojej Regule podkreśla, że przed przyjęciem nowicjusza do klasztoru należy zbadać, czy naprawdę szuka Boga. Oblaci benedyktyńscy, uczestnicy rekolekcji, wiedzą, że każdy dzień zaczyna się od pytania o prawdziwe pragnienie Boga. Rekolekcje są miejscem refleksji nie tylko w okresie wielkopostnym, ale także w czasie adwentu i wielkanocnym, wymagającym przemiany i wytrwałości. Często mówimy, że cierpienie jest dowodem Bożej miłości, a w obliczu bólu ludzie pragną bliskości tych, którzy ich kochają. Eutanazja staje się krzykiem o miłość, a ci, którzy czują się kochani, są bardziej skłonni znosić cierpienie. Wpatrywanie się w Jezusa Chrystusa pomaga przezwyciężyć trudności, nawet gdy wszystko wydaje się beznadziejne. Krzyż, jako ikona, przyciąga nas do Boga, przypominając, że poza cierpieniem nie ma drogi do zbawienia. Kontemplacja Twarzy Chrystusa oraz modlitwa wewnętrzna mają kluczowe znaczenie w duchowym rozwoju. Leon Knabit OSB, benedyktyn i autor, podkreśla wagę medytacji i refleksji w życiu duchowym, nie zapominając o znaczeniu krzyża w drodze do pokoju i szczęścia.
Na ogół wstęp do książki pisze ktoś znany, ważny, uczony lub mądry a
najlepiej, żeby miał wszystkie te przymioty. Taki autor na ogół podnosi
wartość dzieła. Na szczęście wywiadowi z o. Leonem Knabitem, który sam w sobie
jest człowiekiem wielkiej wartości, żaden ważny ani szczególnie wybitny
człowiek nie musi dodawać prestiżu. Z tego powodu mogę napisać wstęp, choć
zawodowo robię rzeczy bardzo odległe od pisania wprowadzeń do mądrych książek.
Kiedy tylko zacząłem w miarę świadomie spoglądać na świat, okazało się że
jednym z moich bliskich jest dziwna postać w czarnym ubraniu z kapturem, którą
nazywano mnichem albo benedyktynem z Tyńca. Dość szybko też zorientowałem się,
że jest on dość dziwny, bo ma dwa imiona: moja Babcia, którą wtedy szanowałem
najbardziej na świecie, a nawet zdecydowanie chciałem się z nią żenić, mówiła
do niego zdrobniale: „Stefanku”, mimo że był najwyższy w rodzinie. Traktowała
go też jak syna i kochała chyba na równi ze mną, z czym z trudem się godziłem.
Inne osoby, nie z rodziny, częściej mówiły o nim: „ojciec Leon”. Wtedy już
rozumiałem, że to brat Mamusi i jest moim Wujkiem. Przez dłuższy czas
natomiast nie bardzo wiedziałem, dlaczego, skoro mam swojego Tatusia Zbysia,
to brat Mamusi, wujek Stefanek, to także ojciec i do tego Leon.